Audioslave – Out of Exile

dnia

Dziś 15 rocznica wydania tego albumu, tak więc jest okazja sięgnąć do niego jeszcze raz. Ze wszystkich albumów Audioslave ten jest u mnie na ostatnim miejscu -ale to jednak wciąż brązowy medal.

Odpaliłem go dziś po długim czasie i jestem zaskoczony jak dużo z tych numerów wciąż pamiętałem i jak przy wielu z nich śpiewałem znając słowa.

Your time has come zaczyna się tak jakby wciąż trwała ich debiutancka płyta – tak jakby była łącznikiem. Dobra energia, waleczny duch RATM, mocny wokal Chrisa. Jednak im dalej w album tym Audioslave zaczyna brzmieć bardziej po własnemu. Tytułowy Out of exile brzmi już trochę bardziej zaskakująco. Wciąż jest dużo z poprzednuch kapel, ale Chris wprowadza tu już coś innego, coś nowego swoimi śpiewem.

Be yourself to przepiękny numer – samo to przesłanie w tekście. Ktoś powie, że jest cukierkowo, ja jednak po prostu kocham ten numer. Pamiętam jak go usłyszałem pierwszy raz w TV – ciary.

Doesn’t remind me to ten kawałek przy którym nie potrafię się powstrzymać od śpiewu – ma taki ogniskowy początek, jeden z tych numerów, który łatwo zapamiętać z tego albumu.

Drown me slowly pokazuje jaką żyletę w głosie miał Chris. Ten numer najbardziej przypomina mi RATM – dużo tu wrzasku i „bajerów” gitarowych Morello. Dobry energetyczny numer. Na szczęści w drugiej części oprócz wrzasku pojawia się też piękny śpiew Cornella.

Heaven’s dead – jak on tu pięknie śpiewa ten refren. Jaki to był talent, ciarki i aż mi się łza pojawia gdy sobie pomyślę, że go już nie ma. Tom też pięknie tu gra – świetna kompozycja.

The Worm znów pokazuje jak dużo można wywrzeszczeć – podoba mi się to powolne granie z łamaniem tempa. HEEEEJLOOOOOOŁ. No i te szalone solówki Toma wwiercające się w łeb.

Man or Animal – bębny Brada na początku są świetne, potem niestety numer mi się strasznie rozjeżdża. Za dużo tego wszystkiego – to nie jest zły kawałek, ale jednak jakoś to takie rozpieprzone i aż za ostre.

Po tym ostrym numerze Yesterday to tomorrow brzmi bardzo wypolerowany i aż za ładnie. To chyba jest zarzut jaki najczęściej dają tej kapeli. Po tym brudzie jaki serwowały nam poprzednie kapele (RATM i SG) Audioslave wydaje się być tworem zbyt ładnym. Ja jednak nie zgadzam się z tymi opiniami. Audioslave ma tyle talentu, że nie potrafię przejść obok i nie zauważyć jak niesamowite są to utwory i jak po piętnastu latach wciąż dobrze brzmią i się bronią.

Taki kawałek jak Dandelion pokazuje jaką drogę przeszedł ten zespół. Pokazuje jak z RATM z innym wokalistą zmieniał się po prostu w zespół z własnym brzmieniem nie bojąc się eksperymentowania. To po prostu dobry rockowy numer.

#1 zero – świetnie się rozkręca – czuć bas Commerforda, pojawia się ładny riff. Delikatnie pojawia się Chris z Morello nie narzucającym się w tle i tak sobie ten numer ładnie płynie. by nagle wybuchnąć tą mocną gitarą, która jakimś cudem Chris daje radę przewrzeszczeć.

The Curse zaczyna się taką ścianą dźwięku, że ciężko mi go ogarnąć. To jeden z tych kawałków gdzie gitary mi przeszkadzają. Więcej Chrisa! Mniej gitar. Nie potrafię jednak nie zwrócić uwagi na to jak chwytające za serce zwrotki śpiewa tu Cornell – są przepiękne – gdyby tylko były bardziej słyszalne. Pod koniec choć przez minutę wreszcie jest tak jak powinno być. Potem znowu ściana.

Brak mi Chrisa, dobrze, że zostawił za sobą tak dużo. Cieszę się, że mogę od czasu do czasu wrócić do tego albumu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s