Pearl Jam – No Code

dnia

psx_20200501_224857

Jedno z piękniejszych wydań albumów Pearl Jamu. Ostatnio chodziło mi po głowie by po nie sięgnąć bo na Netflixie leci dokument o ostatnim mistrzowskim sezonie Bulls – a Dennis Rodman, który tam grał zawsze kojarzy mi się z PJ. Podobno zresztą pearl jam uratował mu życie, ile w tym prawdy nie wiem, ale jest taka plotka.

Sam album jest dość trudny w odbiorze, ale jest jednym z moich ulubionych. Wciąż są młodzi, wciąż kombinują, wciąż jest tam dużo młodzieńczego i buntowniczego ducha.

Sam początek albumu mam trudny, bo Sometimes nie jest moim ulubionym kawałkiem, albo podzielmy go, pierwsza jego połowa jest bardzo średnia, potem już robi się trochę tajemniczo i milej dla ucha, bas Jeffa jest jak balsam, ale sam kawałek nie urywa.

Eddie ma na tym albumie świetne teksty – „are you woman enough to be my man” w Hail Hail– takie teksty zapamiętuje się na zawsze. Sam numer świetnie buja, jest rockowo, jest dość Neil Youngowo.

Ta dziwna perkusja w Who you are– nakombinował się tu jack Irons. Nie mogę uwierzyć, że zespól wybrał ten kawałek jako pierwszy singiel promujący album – to trzeba mieć jaja – to w ogóle nie brzmi jak samodzielne dzieło – tylko jak część, część albumu, część historii. Ciężko mi tak sobie go wyrwać z albumu i puścić – zresztą ja akurat słucham całych płyt, a nie pojedynczych numerów – ale ten ewidentnie nie brzmi dobrze sam, brzmi dobrze otoczony albumem.

Podobnie jest zIn my Tree– świetna współpraca perkusja bas na początku. Uwielbiam tu przejścia wokalne Eddiego, z deklamacji to śpiewu – tak jakby w drugiej części otwierało się niebo, otwierała się przestrzeń, a wiatr wiał nam po głowach.

Smile– tu to już w ogóle słychać neilyoungowe klimaty – bardzo lubię tu tekst Eddiego – jest przejrzysty i ciężko się nie powstrzymać od wspólnego śpiewania.

Off he goes – cudo na słuchawkach – te nachodzące na siebie gitary, ten spokój Jeffa, piękna historia Eddiego – jeden z moich ulubionych kawałków z tego albumu. Słuchając czuję się jakbym oglądał film.

Tąpniecię przy Habit– ależ tu zdarty wokal pasuje – jest chropowato jakby Eddie zeżarł kilo żyletek – mhrrriód dla uszu – i powrzeszczeć można.

Red Mosquito ma świetną solóweczkę Mike’a – zagraną przy pomocy zapalniczki, która należała do dziadka Eddiego – tutaj w 31 minucie słychać o tym historię – mam nadzieję, że Eddie jednak ją mu potem dał.

Lukinto jeden z kawałków, który chciałbym znowu (Chorzów 2007) usłyszeć na koncercie  – ale tak z pięć razy pod rząd – ta jednominutówka o schronieniu w domu Matta Lukina jest świetna i kiedyś nauczę się w końcu do niej tekstu.

Genialnie łączy się natomiast z najlepszym na albumie Present Tense -jak dla mnie jeden z najwspanialszych muzycznie i tekstowo kawałków PJ – no i znowu tekst – uwielbiam.

Lubię Mankind– ok, przypomina takie pierwsze dokonania FooFighters, wokal Stone’a nie porywa, ale same gitary są z zębem no i solówka Mike McCready – jak nie uwielbiać gościa. Lubię ten kawałek za to, że jest częścią tego albumu, tak jak to, że Stone jest ważną częścią zespołu i zawsze się uśmiecham, że jego kawałek trafil na album – zresztą czyż oni go świetnie nie rozwalają tutaj?

I’m Open – poezja i na zawsze szacun – zwłaszcza za ten magiczny fragment o tej błogiej nieświadomości. Często myślę o tym kawałku gdy jadąc księżyc świeci mi zboku.

When he was six he believed that the moon overhead followed him
By nine he had deciphered the illusion trading magic for fact
No tradebacks…
So this is what it’s like to be an adult
If he only knew now what he knew then…

Album kończy balladowe Around the bend– może trochę ckliwe, ale komu to przeszkadza.

Kiedyś miałem tylko No Code na CD – ale udało mi się zdobyć w końcu winyl – i to ma sens – są cztery wersje C, O, D, E – ja trafiłem na tę ostatnią. Różnią się od siebie zamieszczonymi wersjami zdjęć wewnątrz – można je sobie podziwiać podczas słuchania, bo ten album jak pisałem jest całością – odpalam winyl, biorę w rękę opakowanie i odpływam.

 

Lubię też bardzo samą okładkę, która składa się ze 144 polaroidów (przedstawiających sztukę, są też dwa z Rodmanem właśnie), które po złożeniu ukazują PJ’owy trójkąt.

psx_20200430_003904

Co do polaroidów – sam ostatnio w nocy stworzyłem w wersji domowej swój, a odpowiadając na pytania – TAK i TAK.

tak, obudziłem psa, by zrobić mu zdjęcie łapy

i tak, przypadkiem rozsypałem tę kaszę z jednego ze zdjęć, przez co o 2:00 nad ranem musiałem zamiatać kuchnię (żona się nie skapnęła).

psx_20200501_221920

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s