Down III – Over the under

dnia

20200422_005115

Koniec marca 2013 – chce mi się jakiegoś winyla, wieć odpalam stronę fan.pl (to nie jest reklama) i szukam czegoś ciekawego – no i widzę to cudo DOWN na LP – muszę je mieć (pewnie akurat 13stka przyszła i mam nadmiar kasy_ – więc zamawiam, ma być ze stanów więc poczekam. No i poczekałem sobie.

Luty 2015 – chce mi się jakiegoś winyla, więc odpalam stronę fan.pl – i mam ochotę już coś zamówić gdy nagle? Niespodzianka – TWOJE KONTO ZOSTAŁO ZABLOKOWANE – NIEZREALIZOWANE ZAMÓWIENIE. To niezły klops! Zapomniałem o opłaceniu Down sprzed dwóch lat! No to szybka zbiórka kasy i akcja – uratuj zapomnianego winyla z magazynu!

Tak oto po dwóch latach stałem się posiadaczem tego pięknego wydania. Niby zwykłe, ale dla mnie jakoś wyjątkowe- to chyba przez tę okładkę która jest z czegoś takiego miłego w dotyku – to chyba najmilszy w  dotyku LP jaki mam.

20200422_005057

Downa fanom sludge metalu przedstawiać chyba nie trzeba, ale jednak szybko wymienię (Pantera, Crowbar, Corrosion of Conformity – to zespoły z których pochodzą członkowie).

Trójeczka to album, który najpierw dorwałem kiedyś na mp3 i byłem zachwycony niektórymi numerami, które pomimo tego brudu i wrzasku pozostawały w głowie – On March the Saints, Never Try, czy rozpoczynający kopniakiem album Three suns and one star – podoba mi się przeczytana gdzieś interpretacja, że to w panterze, były trzy zżyte ze sobą słońca, i on najbardziej odległy jako ta gwiazda.

The Path który faktycznie przeczołguje nas przez te 4 minuty, ładnie wybrzmiewa solóweczkami, zawsze zapominam o Pepperze Keenanie i tego, że jest dobrym gitarzystą, chyba trzeba odpalić sobie jego rodzimą kapelę też trochę.

Oj zacny jest ten riff w NOD, dum dudu dum dudu dum dudu du dum. Brzmi w mojej głowie i nie może wyjść. Świetny kawałek gdzie gitara przede wszystkim robi robotę.

Strona B znowu zaczyna się pięknym pieprznym riffem w I Scream, który na III jest chyba najbardziej blacksabbathowy.

Mournjest jak uderzenie boksera, prawy prawy LEWY! Później pięknie się ciągnie, a Phil wciąż pokazuje jak świetnym jest wokalistą, po chwili numer jakoś tak pięknie nagle solówkami wybrzmiewa. Takimi ohydnymi, które świetnie się tu wkomponują.

On March the Saints – najbardziej singlowy z tego albumu, od razu wpada w ucho. Ja zawsze nabardziej pamiętam wykrzyczane – There’s no such thing as a GOOD TIME for BAD LUCK – mądre słowa Phil. MARCH!

Pierwszy krążek kończy Never Try, który ja zapamiętałem przez tekst z dobrym przesłaniem by robić coś na maxa, albo wcale! Czasem mądrze gadasz Phil.

20200422_005043

Strona C!

Za chwilkę odpływamy tą brudną łajbą prześmierdłą whisky w numerze Beneath the tides, prądy kierują tą łajbą, bo kapitan leży już na deskach, ale dobrze, dobrze niech leży. Prąd nas poniesie.

Uwielbiam takie dźwięki jak w His Majesty the Desert – delikatne bluesowe solówki, klimat niesamowity w tych kliku dźwiękach i Phil, który delikatnie śpiewa w tle. Ten numer mógłby się spokojnie ciągnąć i ciągnąć, szkoda, że to tylko trochę ponad dwie minuty. i tu mam problem z moim ukochanym winylem – nagle zaczyna narastać wokal i Phil zbiera się do wrzasku by przejść do następnego kawałka, a ja muszę wstac i odwrócić płytę – ktoś naprawdę nie przemyślał kolejności numerów w tym momencie.

Pillamyd, świetnie się rozkręca, chciałoby się cofnąć te naście lat gdy włosy jeszcze były długie i zamachać. Phil ma taką łatwość tworzenia fraz, które zostają w głowie – By handful you will build, a pillamyd! No i to  genialne przejście wrzaskiem, do tego solóweczka Peppera Keenana – jak już wydaje się, że jest koniec chłopaki znowu napędzają! Jeden z lepszych kawałków na albumie, który zresztą trzyma świetny równy poziom.

In the thrall of it all brzmi jak numer, który spokojnie znalazłby się na pierwszym albumie Down. Wydaje mi się trochę niedpracowany pomimo tego, że jest najdłuższym z tych rockowych numerów z albumu. Phil trochę przemęczony, za mało solówek, ładne jest to przejście na końcu, ale to najbardziej pamiętam z tego dość trudnego kawałka.

No i przechodzimy do 8minutowego finału. Nothing in return brzmi jakby ktoś zeppelinowe granie wymieszał z blacksabbath a potem rozciągnał kilkukrotnie. Numer robi wrażenie, w=tworzy klimat nadciągającej burzy z Philowym tytułowym zaśpiewem jako punkt kulminacyjny. Teksty Anselmo dość dosadne i nie pocieszają, „The closest who need you, the closest surrounding you, will walk away”.

 

Nie powiem, że to najlepszy album DOWN, ale powiem jedno, jest najrówniejszy, jest jednolity i to jego wielka zaleta, tego się słucha bardzo dobrze w całości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s